Ostatnio idąc ulicą niespodziewanie naszło mnie wspomnienie z czasów I klasy LO. Wtedy jeszcze byłem nieswiadomy istnienia technik podrywu, i jakoś nie zauważyłem tego tak bardzo, ale teraz trafiło mnie jak piorun.
Przypomniałem sobię jak w I klasie LO z nudów, z kumplami na przerwach zaczeliśmy grać w grę, która polegała że tam w 4-5 osób graliśmy w marynarza, i przegrany miał za zadanie podejść do wcześniej ustalonej laski i wyrecytować z góry narzuconą kwestie. Z początku były to teksty "ale mi się podobasz", "jesteś najpiękniejsza na świecie", potem przeszło w faze wyciągania numerów. Pamiętam dokładnie jak pierwszy raz przegrałem i miałem podejść do jakiejś laski z tak idiotycznym tekstem, wszystkie wymówki wypełniały moją głowe, przeszkadzały w wykonaniu zadania, przyspieszone bicie serca też nie było pomocnikiem, no ale przecież to tylko zabawa, ale wiadomo, przegrałem, trzeba podejść.